Teatr Telewizji

premiera 12 kwietnia 1971

reżyseria - Zygmunt Hübner

przekład - Jerzy S.Sito

realizacja TV - Joanna Wiśniewska

scenografia - Jan Banucha

obsada:

Petrukio - Tadeusz Łomnicki

Katarzyna - Magdalena Zawadzka

Bianka - Anna Seniuk

Baptysta Minola - Tadeusz Surowa

Gremio - Wojciech Krajewski

Lucentio - Jan Nowicki

Hortensio - Ryszard Pietruski

Tranio - Krzysztof Wieczorek

Dorota - Helena Dąbrowska

Grumio - Jan Kulczycki

oraz Asocjacja Hagaw


BŁAZENADA A KOMEDIOWOŚĆ (Bohdan Drozdowski)

Niezdecydowanie co do stylu stoi u wezgłowia każdej klęski artystycznej. Niezdecydowanie w teatrze, filmie kinowym czy telewizyjnym sprawia nam raz po raz przykre niespodzianki, wyłączamy odbiornik TV czy wychodzimy z kina lub teatru z kolejnym zdumieniem w oczach. Jak się to dzieje, że mimo nagromadzenia tylu doświadczeń, mimo wypisania cystern tuszu w długopisach - panoszy się w naszym aktorstwie tyle staroświecczyzny i skąd to przekonanie, że komedia jest farsą a błazenada komediowaniem? Być może w czasach naszych babek należało obowiązkowo robić grymasy, wznosić ramiona, wzdychać i przewracać oczami dla podkreślenia uczuć gwałtownych albo dla zwrócenia uwagi publiczności na komediowość dialogu lub sytuacji, ale w naszych czasach? Dramat i komedia są ze sobą splecione w życiu i w sztuce i należy je traktować jednakowo. Śmiech ma być spontaniczny a dramatyzm organiczny, a więc jedno i drugie ma płynąć jak strumień.
Kiedy oglądałem Richarda Burtona i Elisabeth Taylor w filmowej wersji „Poskromienia złośnicy” - doznawałem uczuć podniosłych, ponieważ ta para zagrała komedię Szekspira tak, jakby to była właśnie solenna drama z morałem. I byli oboje przezabawni. I całe tło aktorskie dokoła - wszyscy strasznie przejęci i serio a humor tryskał im spod nóg jak mocny islandzki gejzer. Było to wielkie aktorstwo w wielkiej sztuce. Ostatnio obejrzałem powtórzenie „Poskromienia złośnicy” w programie drugim naszej TV w reżyserii Zygmunta Hübnera, z Tadeuszem Łomnickim i Magdą Zawadzką w rolach głównych. Oraz z tłem aktorskim, które zgrzytało jak piasek w zębach, ponieważ chciało być strasznie śmieszne. Tło robiło oczami, wzdychało teatralnie, czyniło grymasy do obiektywu, błaznowało ile wlezie z Ryszardem Pietruskim na czele. Mógł sobie Łomnicki mięciutko wyokrąglać Petrukia i być słodszy niż sam mniód, ale Nowicki z gestami clowna to już był nietakt. Żadne tam, panie, nowe odczytanie. Nowicki to wielki aktor, jego role filmowe i teatralne stawiają go w rzędzie naszych najlepszych, a więc najlepszych w świecie, jest w nim wszystko, czego trzeba gwiazdorowi wielkiej klasy: naturalność, szarm, zgryz dramatyczny etc, skąd tedy ta zgoda na błaznowanie w komedii wymagającej gry naturalnej? Czyżby tych kilka lat od premiery naszej Złośnicy stanowiło to epokę w życiu tylu wspaniałych aktorów? Jeżeli tak, jeżeli można uznać ten spektakl za archiwalny, to pysznie, to zgoda, bo by to znaczyło, iż osiągamy postęp milowymi krokami.
A jednak warto o tym mówić ba nie wykopalisko, bo to chyba nie wykopaliska, to jeszcze ciągle rzeczywistość naszego teatru. To sztuka - komediować, mówić tekst komedii. Aktorom nawet dobrym a źle prowadzonym wydaje się, że do błaznowania zobowiązuje już sam gatunek utworu. „Poskromienie” jest komedią, więc Pietruski będzie mówił sztucznie, będzie śmiał się sztucznie, urywał ten śmiech sztucznie, zaś Nowicki przyłoży dłoń do czoła i powie: "okrrrrutny ojciec! Zgadłem? To prawda. Czy mam jakieś szanse?" Katarzyna, Kasia - to przecie krnąbrna panienka - kontestatorka, którą wszystko mierzi i która nad tym wszystkim pragnie zapanować swoim gwałtownym charakterkiem. Burton był twardy, męski, nonszalancki, stanowczy i sprytnie inteligentny, toteż jego zwycięstwo nad złośnicą było zwycięstwem mężczyzny nad zepsutą panienką łaknącą właśnie męskiej siły, oparcia, stanowczości etc. Łomnicki był chłopakowaty, miękki, krągły, elokwentny - jego zwycięstwo nad Kasią było więc osiągnięte na słowo honoru, było nieprawdziwe, nieautentyczne, teatralne. Łomnicki był dobry jako aktor, ale nie był właściwy jako partner Katarzyny. Łomnicki połyka słowa, kiedy Katarzyna-Zawadzka trzepie swój tekst bezbłędnie, tnąc każde słówko jak szybka kucharka tnie kluski. Dopiero w scenie kłótni oboje byli świetni - w pewnym sensie. Ona prawdziwa, on technicznie gładki.
W ogóle Łomnicki to jest technik zawodu aktorskiego. Zderzony z Zawadzką i Seniuk jakby stylowo odstawał od tych dwu pań, które potrafią grać nowocześnie, nie błaznując, nie komediując nawet, ale będąc "sobą", to znaczy pamiętając o stylu. Łomnicki chce być mistrzem nawet w momentach, kiedy należy rezygnować z mistrzostwa. Gdy Kasia pyta nagle: "I któż cię wyuczył tej drętwej oracji?" - pytanie trafia w płot, i ponieważ właśnie w poprzedzającej kwestii Łomnicki drętwy nie był. Natomiast deklamuje nieznośnie zaraz potem, kiedy powinien być naturalny. Zresztą pomógł sprawie tekst Jerzego S. Sito. Jego "spolszczenie" brzmi wdzięcznie, rym pada gęsto jak u Fredry, nawet rym gramatyczny (marzyłem - wierzyłem) niezbyt razi, ale kiedy w scenie ślubu na pytanie "czy chcesz pojąć tę oto Katarzynę za żonę?" Petrukio pali z grubej rury: "No jasne, do ciężkiej cholery" (tu orkiestra strażacka gra "Sto lat" co jest uwspółcześniającym pomysłem reżysera) - a wygląda to tak, jakby sobie sztubak dolepił brodę i udawał własnego dziadka.
Tego rodzaju tekst w ustach aktora o aparycji Belmonda byłby zbyteczny, w ustach Łomnickiego brzmi po błazeńsku. Innymi słowy coś tu nie gra. Ani ta "cholera", ani zaraz potem rzucony "sukinsyn" nie stanowi w jego ustach nic groźnego ani tym bardziej zabawnego. Jest to dramat nieprzystosowania tekstu do jego głosiciela. Ale zaraz potem Łomnicki wpada w ton właściwy, rubaszny z prosta, w scenie z kapeluszem oboje z Zawadzką są doskonali - w przekomarzaniu, w dialogu jakby dla nich (dla niej zwłaszcza) szytym. I tak cała sztuka sklejona została w tej wersji z komediowania i błaznowania, jedno w drugie wchodzi frontem a wyłazi bokiem.
Po fenomenalnych "Szekspirach" filmowych („Hamlet” Oliviera, „Romeo i Julia” Zefirelliego, „Poskromienie złośnicy” Burtona i Taylor, przepraszam, nie pamiętam kto reżyserował) pora decydować się na styl jeden, styl współczesny telewizji, styl naturalny, swobodny, niewymuszony ani w lewo ani w prawo. Telewizja i kino w tych latach osiągają szczyty realizmu, naturalność jest jedynym drogowskazem, który kieruje poczynaniami twórców wszystkich sławnych dziś „Znikających punktów”, „Nocnych kowbojów”, „Kabaretów”, „Ojców chrzestnych” czy choćby naszych „Za ścianą” robionych ediud. Szekspir to w komediach kpiarz największy, ale pan z poczuciem dobrego smaku. Można go poskramiać, ale po co, skoro większy pożytek przynosiłoby poskramianie poskramiaczy.
Słyszałem, a i sam bym się domyślił po tym, co napisałem w przeszłości o pracach Zygmunta Hübnera, iż nie lubi on moich opinii. Nie będę go łapał za guzik i zapewniał, że darzę go wielką estymą jako aktora i reżysera, i przypominał, że to ja pierwszy podniosłem głos w jego obronie i domagałem się dlań własnego teatru (który też otrzymał teraz właśnie); chcą być wierny tej sympatii dla jego niepospolitego talentu i dlatego właśnie z takim uporem zwracam mu uwagę na niejednolitość myślenia scenicznego, na szamotaninę stylistyczną. Hübner nie odnalazł siebie, cierpi (na naszych oczach) na kłopoty z nadmiarem. Umiar i rezygnacja z "szumów" artystycznych zaprowadzi go, jestem pewien, w niedalekiej przyszłości do celu, którym będzie krystaliczność stylu wsparta na całościowym widzeniu wszystkich elementów budowanego przezeń teatru, gdy teraz jeszcze zdarza mu się zbyt często wszystko widzieć z osobna.
Dopisek osobisty. Jerzy Krasowski, człowiek, który ma własny styl i zdecydowaną osobowość artystyczną, którą admiruję i której zawdzięczam najpiękniejsze doznanie artystyczne („Kondukt” w Nowej Hucie i Wrocławiu w jego reżyserii) powiada w swoim credo (Kultura z 30 VI 74), iż dopiero na próbie generalnej „Konduktu” w Nowej Hucie "podjąłem uchwałę", "iż nie jest to solenna drama ale komedia i tak już zostało". Wydawało mi się, iż chichotałem z cicha pęk w czasie całego procesu pisania tej sztuki i bałem się tylko, iż inni przyjmą ją tak ponuro, jak przyjęli w Katowicach, gdzie nic śmiesznego w tym tekście nie zauważono, ale w Katowicach grają konteksty, które są serio, więc nie da się z nich śmiać. Krasowski nie starał się wszakże stawiać kropek nad "i"; on je kasował. W tekście Pawelskiego: "człowiek człowiekowi powinien..." były trzy kropki. Krasowski skreślił dwie i wydobył z tej kwestii uwięziony w niej dowcip. Od tej pory już nie daję tych kropek, to prawda. Ale Krasowski nie komediował, nie błaznował (jak w Teatrze Ludowym w Warszawie) on grał serio. Dlatego „Kondukt” wywoływał takie salwy śmiechu, po których zapadały nagłe cisze. Komedia to jest sprawa poważna, dlatego ponoszą klęskę ci wszyscy, którzy chcą jej pomagać przedobrzeniami. Komedia domaga się od wykonawców inteligencji nawet przy interpretacji znaków interpunkcyjnych.
P.S.
Jerzy S. Sito "spolszczył" „Poskromienie złośnicy”. Sądzę jednak, iż byłoby ładniej, gdyby przyznał, iż napisał własny tekst na kanwie oryginału, ponieważ spolszczenie jest jednak synonimem przekładu na język polski. Jego wersja zachowuje w zasadzie tylko fabułę, pociętą, jak przyznaje, natomiast nie oddaje urody oryginału, który iskrzy się od kalamburów słownych, gry słów, dowcipów „lingwistycznych" przekładalnych, naturalnie, na język polski. Ekwiwalenty Jerzego S. Sito nie posiadają siły oryginalnych pomysłów Szekspira i mają się tak do oryginału jak "czesanie łba" trójnożnym stołkiem (Szekspir) do czesania łba zgrzebłem żelaznym (Sito).
Bohdan Drozdowski
„Teatr” nr 20, 16 października 1974

CAŁA STAWKA NA DECYBELE (Jerzy Milewski)

REŻYSERA Zygmunta Hübnera bardzo cenię i szanuję. I doprawdy szalenie mi przykro, że już drugie z kolei przedstawienie - po Molierowskim - w tym roku zdecydowanie mi się nie podoba. Tak, nie podobało mi się „Poskromienie złośnicy” Williama Szekspira. Mimo wystrzałowej obsady, z Magdą Zawadzką i Tadeuszem Łomnickim, Dlaczego się nie podobało? O tym za chwilę. A teraz słów parę na tak zwane tematy głębsze.
IRENA DO DOMU?
Parę lat temu Aleksander Bocheński wydał książkę pod tytułem „Czy nowy podział na ludzi i małpy”. Jaki będzie świat za parę dziesiątków lat? No taki, że w krajach rozwiniętych tylko parę procent ludzi będzie musiało pracować. Resztę zrobią automaty i mózgi elektronowe.
Alina Dziekońska-Kozłowska słusznie powiada w swojej książce o modzie damskiej XX wieku, że potrzeby ekonomiczne, jakie wyrosły w ciągu paru lat pierwszej wojny światowej i spowodowały masowe zatrudnienie zawodowe kobiet, które musiały zastąpić walczących w polu mężczyzn, zrobiły dla niewieściej emancypacji bez porównania więcej, aniżeli całe dziesięciolecia wyczynów sufrażystek. Tezę tę błyskotliwie i nieodparcie przeprowadza na podstawie analizy przeobrażeń strojów niewieścich, które emancypację wyrażały...
Późniejszy rozwój ekonomiczny świata w dalszym ciągu stymulował masową "produktywizację dołów niewieścich", jak to pięknie się wyraziła pewna przedstawicielka Ligi Kobiet. No i mamy to wszystko: równouprawnienie, feminizację i "polowanie na muchy".
Ślicznie (???), ale historia nie zatrzymała się. Idzie dalej. I co będzie, jak dojdzie do punktu, o którym pisze Aleksander Bocheński? Jak dojdzie do sytuacji, w której tylko parę procent ludzi będzie musiało pracować? Nie trzeba być wielkim prorokiem. Rozlegnie się wielki głos: Irena do domu.
COŚ Z KAROLA MARKSA
Córki myśliciela zadały ojcu szereg pytań, wśród których były i takie dwa. Co tobie, tatusiu, najwięcej się podoba u mężczyzn? Odwaga, odpowiedział twórca „Kapitału”. A co u kobiet? Uległość. Uległość, proszę feministek. Tak odpowiedział sam Karol Marks.
Dość tych cytatów i dygresji. „Poskromienie złośnicy” jest pełnym uroku żartem, uśmiechem Renesansu. Ale to nie farsa. To komedia, której cały smak i cała pikanteria polega na owym odwiecznie kobiecym procesie, na przejściu od stanu kobiety "wyzwolonej" czy "zbuntowanej", a w każdym razie "emancipee'' do stanu kobiety poddanej i uległej woli mężczyzny. Nie będę już żył koło roku 2000; niewielka szkoda, ale troszeczkę żal, że moje oczy antyfeministy nie będą oglądały tego powrotu niewiast do stanu, w moim przekonaniu, ich płci właściwego, do tej prześlicznej i pełnej wdzięku uległości, o której z takim uznaniem pisał Karol Marks. Ileż tu pola do popisu dla aktorów tej miary co Magda Zawadzka czy Tadeusz Łomnicki. Cóż, kiedy reżyser nie pozwolił na finezje.
DWA BŁĘDY PRZEDSTAWIENIA
Pierwszy mniejszy, a drugi większy. Pierwszy mniejszy to przekład Jerzego S. Sito. Szekspir... Jest w jego tekstach jakiś niepowtarzalny smak, jakiś aromat intelektualno-emocjonalny. Taki, że wystarczy przeczytać parę linijek, a już wiadomo, co to jest. U Sity wszystko ginie. Może jestem sklerotycznym konserwatystą, ale wyznaję w całej rozciągłości tezę, że jeżeli mamy dobry przekład klasyków z dawnych czasów, to naprawdę muszą być ważne przyczyny, żeby przekładać po raz drugi. I ten drugi przekład musi naprawdę wnosić coś nowego.
Hübner dał nam w tym roku Moliera w innym niż Boya tłumaczeniu. I wyszło blado. Teraz serwuje nam Szekspira w bardzo niedobrym tłumaczeniu Sity. Po co to nowe tłumaczenie, jeśli nie tylko niczego nowego nie wnosi, ale w porównaniu z dawnymi psuje arcydzieło.
COKOLWIEK ZA GŁOŚNO
To błąd pierwszy, który odebrał swoisty, szekspirowski smak przedstawieniu. A błąd drugi? Już zauważyłem w tytule: cokolwiek za głośno. Na scenie biegają, trąbią, krzyczą, w ogóle szaleją. Doskonale rozumiem zamysł reżysera. To ma być renesansowa bujność. Zgoda, niech będzie. Pod jednym wszakże warunkiem.
Żeby nie zagłuszyć. Żeby nie uciekły nam psychologiczne i literackie finezje. Szekspira gramy nie po to, żeby pohałasować sobie i pohasać, żeby odstawiać nową Basię i nowego Pana Wołodyjowskiego.
A właśnie - w moim przekonaniu - w tym Hübnerowskim spektaklu tak się stało. Cała stawka na decybele. I w rezultacie rozczarowanie.
O MAGDZIE ZAWADZKIEJ
Przykro mi, że tak właśnie muszę pisać o reżyserze, którego, jak się rzekło, lubię i szanuję. Cóż, kiej tak padło. Ale jeszcze bardziej przykro, że ta niechęć do całego przedstawienia rozciąga się - niestety, niestety - i na Magdę Zawadzką. No bo jak niewypał, to niewypał na całego.
A szkoda. W grudniu zeszłego roku napisałem cały traktacik o sztuce aktorskiej Magdy Zawadzkiej. Analizę składającą się z wielkich komplementów i jeszcze większych nadziei. To przy okazji wspaniałego naprawdę przedstawienia „Moralności Pani Dulskie”j. Niestety, redakcja ten fakt uziemiła.
Nic wszakże straconego. Choć tym razem, mimo najszczerszych chęci nie mogę zdobyć się na komplementy w stosunku do Magdy Zawadzkiej, jestem głęboko przekonany, że niedługo okazja się zdarzy.
Jerzy Milewski
„Kierunki” nr 18, 2 maja 1971

POSKROMIENIE ZŁOŚNICY (B. B.)

"Poskromieniem złośnicy" Teatr TV rozpoczyna nowy cykl zatytułowany MIŁOŚĆ PRZEZ WIEKI, w którym przypomniane zostaną interesujące inscenizacje telewizyjne dzieł Lorki ("Yerma"), Strindberga ("Zabawa z ogniem"), Pagnola ("Mariusz"), Moliera ("Szkoła żon") i Cury'ego ("Krzesło w szczerym polu").
Komedia "Poskromienie złośnicy", grywana przez największych aktorów, chętnie i często wystawiana przez teatry, przed kilkunastu laty zrobiła niebywałą karierę, zdobywając Broadway, a potem szeroką publiczność całego świata w musicalowej przeróbce pod pięknie brzmiącym tytułem "Kiss me, Kate!" ("Pocałuj mnie, Kasiu"). Z wielkim też sukcesem została przedstawiona w wersji filmowej z Liz Taylor i Richardem Burtonem w rolach głównych.
O żywotności "Poskromienia złośnicy" zadecydowało zapewne wiele czynników - i mistrzowsko skreślone postaci bohaterów, i wspaniały, renesansowo jędrny i dosadny humor, i pełna niespodzianek, brawurowo poprowadzona intryga. Ale może w jakimś stopniu również swoista "ponadczasowość" wątku komedii - żywa zawsze i wszędzie aktualność walki dwóch żywiołów: płci nadobnej i "gorszej połowy" rodu ludzkiego.
W przedstawieniu Teatru TV (zrealizowanym w roku 1971) Kasię-złośnicę gra MAGDALENA ZAWADZKA, a jej poskromiciela Petrukia - TADEUSZ ŁOMNICKI.

[ZAPOWIEDŹ WYSTAWIENIA W TEATRZE TELEWIZJI "POSKROMIENIA ZŁOŚNICY"...] (M. S.)

Zapowiedź wystawienia w Teatrze Telewizji "Poskromienia złośnicy" Williama Szekspira brzmiała bardzo zachęcająco. Wymieniane w niej były same dobre nazwiska: przekład Jerzego J. Sity, reżyseria Zygmunta Hubnera, w rolach głównych Tadeusz Łomnicki, Magdalena Zawadzka, Anna Seniuk, a do tego jeszcze Zespół. Asocjacja Hagaw. Wiele więc osób zasiadło 12 kwietnia przed telewizorami i - jedni się rozczarowali, inni wpadli w entuzjazm, w sumie odbiór można by opatrzyć etykietą: "mieszane uczucia". Wywołały je dwie rzeczy: przekład i reżyseria. Wokół nowych przekładów Szekspira pióra J. J. Sity toczyła się już dawniej dyskusja. Odznaczają się one dwoma, z grubsza biorąc, cechami. Sito posługuje się w nich dzisiejszym językiem polskim i dawność tekstu odnajdujemy tylko w starym słownictwie, lub sposobie obrazowania, formy gramatyczne natomiast i składnia są zmodernizowane. Drugą cechą tych tłumaczeń jest dosłowność. Wielki Szekspir posługiwał się wielu rubasznymi, nawet szokującymi określeniami, które w dotychczasowych tłumaczeniach były, tuszowane. "Poskromienie złośnicy" już w warstwie tekstu brzmiało więc dla, wielu telewidzów jakby nie po "szekspirowsku". Reżyseria Hubnera z kolei poszła w takim kierunku, że czasami nie wiadomo było, czy mamy do czynienia z Szekspirem, czy np. z Lope de Vega. Trudno powiedzieć zresztą, co zatarło niepowtarzalną ostrość poetyckiego geniuszu, który tkwi nawet w takich komediach, jak "Poskromienie złośnicy". Może przyczynił się do tego również "Hagaw". Paradujący po scenie z nowoczesnymi instrumentami wydającymi dzisiejsze dźwięki zespół (ładne zresztą dźwięki) sprawił, że przedstawienie nabrało cech studenckich. Do tego wszystkiego dodać trzeba żywego konia, którego zdołano wprowadzić do telewizyjnego studia. Dosiadał go Wołodyjowski - Łomnicki. Była to więc duża zabawa, gra aktorów doskonała, żywość i tempo również.
Stało się jednak ze "Złośnicą" coś podobnego, jak z wielu innymi sztukami, w których pomysłowość inscenizacji przyćmiewa uroki autora. Pomysłowość owa sprawiła, że należy ów eksperyment telewizyjny odnotować w recenzji. Ale czy współczesna popularyzacja wesołego Szekspira musi się łączyć z zacieraniem nieuchwytnych jego cech, z równaniem do wielu innych "komediantów" dawnych czasów, tego nie jestem pewny. A może nie jest to wcale aż tak współczesny autor?
Z humorem nie jest poza tym w telewizji najlepiej. II Runda Jerzego Gruzy i Jacka Fedorowicza bawiła bardziej znajomych ze studia, którzy imitowali publiczność, niż telewidzów. Zabawność maszerowania po scenie Bohdana Łazuki, bądź sam fakt, że oglądamy Jerzego Ofierskiego nie wystarcza, by wszyscy tak się śmiali, jak to bywało za dobrych czasów "Małżeństwa doskonałego". Telewizyjna tabakiera znów zapomina, że masowy odbiorca ma nos, który odróżnia tanią "zgrywę" od prawdziwej, powszechnej zabawy.

TEATR WIELKICH AMBICJI (Maria Brzostowiecka)

GDY POWSTAŁA TELEWIZJA nasi najwięksi aktorzy, reżyserzy, ludzie teatru i filmu skoncentrowali wysiłki, by wykorzystać jej wielomilionowy zasięg dla przekazania tego wszystkiego, co w kulturze polskiej i obcej, dawnej i współczesnej jest najcenniejsze. Po wielu latach prób i usprawniania warsztatu wykrystalizował się własny język telewizji tzn. taki zestaw środków, który pozwala z pełnym sukcesem transmitować najcenniejsze płody myśli twórczej i bogatej wyobraźni poetów, pisarzy, muzyków, choreografów.
Teatr polskiej telewizji obejmuje kilka ciągów programowych. Największą popularność zdobyły spektakle nadawane w poniedziałki, tzw. teatr poniedziałkowy. Kryteria doboru literatury są tu szczególnie wysokie, gatunki adaptowanych utworów zróżnicowane. W tym cyklu znajdują się najwybitniejsze dzieła klasyki polskiej i obcej oraz utwory, które we współczesnej światowej twórczości dramaturgicznej osiągnęły rangę arcydzieł. Z uwagi na ogromne walory humanistyczne tego programu, jego zasięg i korzystny czas nadawania — teatr poniedziałkowy skupia bardzo zróżnicowaną w sensie struktury społecznej widownię, idealnie godząc aspiracje i zainteresowania różnych grup społecznych.
WAŻNĄ POZYCJĘ w programach teatru TV stanowią eksperymenty Studia 63 oraz Estrada Literacka. Do najciekawszych osiągnięć w zakresie tworzenia teatru poetyckiego należą realizacje Adama Hanuszkiewicza, jednego z najbardziej zasłużonych współtwórców teatru TV, dyrektora Teatru Narodowego w Warszawie. Podjął się on niedawno dzieła nie lada, przenosząc na mały ekran epos narodowy – „Pana Tadeusza”. Jak można pokazać w teatrze TV, nie w filmie, który, jak wiadomo, może sfotografować wszystko, ale właśnie w teatrze, w studio, litewską puszczę, „dwór szlachecki, z drzewa, lecz pomalowany”, zamek Horeszków, polowanie i grzybobranie.
Naturalnie tego wszystkiego w studio nie ma. Wspaniałe bory litewskie i uczta na zamku, ostatni zajazd na Litwie i Zosi z Panem Tadeuszem zaślubiny, sceny wielkie i półtony tego arcypoematu, owe tchnienie poety ożywają w naszej wyobraźni. Ewokuje je obecność postaci w kostiumach i charakteryzacji z epoki. Bohaterów poematu grają znakomici aktorzy, starannie podając tekst. Jedynym tłem dla opisanych zdarzeń staje się plansza, element scenograficzny, wybrany rekwizyt i to wystarczy. Żaden z widzów nie odczuwa braku szerszego tła, dosłownie ilustrującej akcję scenografii. Teatr w ogóle tym się różni od filmu, że umownymi znakami, czasem symbolami markuje zaledwie świat zewnętrzny, nie pokazuje prawdziwego krajobrazu, ulicy, miasta, natomiast pokazuje człowieka w najbardziej ludzkich sytuacjach. Bardziej jeszcze eksponuje przede wszystkim człowieka właśnie teatr TV. Aktor w spektaklu telewizyjnym jest blisko widza, niejako bezpośrednio wnosi taką skałę namiętności, temperaturę emocji, że musi nastąpić całkowite zestrojenie między aktorem i widzem. Oczywiście pod warunkiem, że mamy przed sobą znakomitego aktora, który z perfekcją włada swoimi środkami, świadomie prowadzi swoją grę.
SIŁA FASCYNACJI, jaką wyzwala dobrze zrobiona sztuka telewizyjna w połączeniu z ambitnym repertuarem tej sceny niepomiernie przyczyniły się do rzeczywistego upowszechnienia dorobku tradycji literackiej. Przeszły przez telewizyjną scenę wielkie i średnie dzieła klasyki polskiej i obcej. Zdarzało się, że utwory już prawie martwe, z którymi teatr żywego planu nie radził sobie, pokutujące jedynie na scenach szkolnych, w realizacjach telewizyjnych olśniewały świeżością. Tak było np. z „Mazepą” Słowackiego w znakomitej obsadzie aktorskiej z udziałem Aleksandry Śląskiej, Ignacego Gogolewskiego, Gustawa Holoubka i Jana Świderskiego. (Spektakl ten w ubiegłym roku otrzymał nagrodę krytyków „Złoty Ekran”). Przed laty podobnym olśnieniem był „Kordian” w reżyserii Jerzego Antczaka czy „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego w opracowaniu Adama Hanuszkiewicza. Nieustające triumfy odnoszą w telewizji Czechow, Zapolska, Dostojewski, Molier, Szekspir, pisarze amerykańscy, wielu wybitnych młodych dramaturgów angielskich i cała plejada autorów, których nazwiska stanowią kanon literatury polskiej. Telewizja składa przede wszystkim piękną i w pełni wartościową daninę tradycji.
KLASYKA to tylko część bogatego repertuaru teatru telewizji. Wiele udanych widowisk współczesnych powstało na kanwie dokumentu, pamiętników i prozy literackiej. Warto przypomnieć choćby „Mistrza” Zdzisława Skowrońskiego i Jerzego Antczaka, tej samej spółki autorskiej „Notes”, wstrząsający i głęboki obraz sytuacji społeczeństwa polskiego w dobie bezrobocia lat trzydziestych. Ostatni sukces Antczaka „Epilog norymberski”, oparty na dokumentach procesu, był poważnym wkładem polskiej telewizji w upamiętnienie rocznicy 25-lecia procesu.
Najpoważniejszym potwierdzeniem społecznej skuteczności oddziaływania sceny TV jest nowe zupełnie i na taką skalę jedyne chyba w Europie zjawisko — społeczny ruch klubów miłośników teatru TV. Kluby powstają w różnych środowiskach zrzeszając ludzi różnego wieku i grup zawodowych. Działa ich w kraju ponad 1200, przynajmniej tyle zostało zgłoszonych do Sekretariatu Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Teatru TV powołanego przez redakcję „Tygodnika Kulturalnego” wespół z Towarzystwem Wiedzy Powszechnej. Ruch ten jest przykładem aktywizacji myślowej polskich telewidzów, którzy potrafią zabierać głos nawet na temat programów tradycyjnie uważanych za dość ekskluzywne, poza tym jest to ważny przykład, że środki masowego przekazu w Polsce spełniają istotnie rzeczywistą rolę w upowszechnianiu kultury najwyższej rangi.

SERIAL, ROZRYWKA I TEATR (Henryk Rudzki)

Retrospekcyjne i demaskatorskie filmy telewizyjne NRD zyskały sobie u naszych odbiorców zasłużone wzięcie. Nic więc dziwnego, że i serial pt. „Krupp i Krause” już pierwszym odcinkiem wzbudził zaciekawienie. Zamierzenie to zresztą i ambitne — pokazać w krótkim stosunkowo czasie projekcji (50 minut na jeden odcinek) losy dwu rodzin — wielkiego przemysłowca, którego nazwisko zawsze związane było z produkcją broni, i rodziny robotniczej — na przestrzeni lat. W takim zamiarze tkwi przeważnie zalążek możliwości albo spłycenia tematu, albo przeciwnie — potraktowania go tak jednostronnie, że trącić może schematem. Pierwszy odcinek, który zdążyliśmy obejrzeć, przebrnął między tymi dwoma krańcowościami właściwie obronną ręką. Jeżeli czeka się na ciąg dalszy, jeżeli ciekawi jesteśmy losu zaprezentowanych nam bohaterów, szczególnie zaś młodego Krausego — to już oznacza, że realizatorzy wzbudzili coś więcej niż po prostu zainteresowanie widza.
Jest zresztą jeszcze jedna sprawa, godna przy tej okazji zauważenia. Oto mamy na naszych ekranach właściwie czwarty w stosunkowo niedługim czasie serial, nawiązujący do przełomu XIX i XX wieku i ukazujący istotne elementy kształtu ówczesnego świata, rodzącego się lub rozwiniętego kapitalizmu wraz z towarzyszącymi mu zjawiskami obyczajowymi i społecznymi. Przypomnijmy, iż owa seria seriali rozpoczęła się od czechosłowackiego „Małżeństwa z rozsądku” potem mieliśmy „Rzekę posępną”, produkcji radzieckiej, no i „Sagę rodu Forsytów” Obecnie zaś „Krupp i Krause”. Czy doczekamy się również polskiego wkładu w dzieło obrazowania nie tak dawnej przecież, choć nie przez wszystkich pamiętanej, historii? Warto byłoby o to się pokusić.
Tymczasem przejdźmy do uwag o nieco lżejszych formach telewizyjnych. Myślę w szczególności o audycji pt. „Uroki grafomanii” oraz o „Podróżach z happy endem”. Pierwsza — wychodząc z prostego stwierdzenia faktu, iż to co niegdyś uważano za grafomanię, za czystej wody amatorszczyznę, zyskuje dziś rangę, ujawnia się w innym zupełnie świetle – przyniosła zawód. Albowiem konwencja, w jakiej nam pokazano owe stare utworki niejako przeczyła poważnemu rzeczy potraktowaniu przez prowadzącego audycję red. Fillera. Druga zaś — owe „Podróże z happy endem” miała być właściwie wodewilem. Naturalnie nie trzeba wymagać zbyt wiele od wodewilu właśnie, ale chciałoby się, by chociaż bawił. Delikatnie mówiąc — nie ubawiliśmy się zanadto... Jeżeli dodać prawie już powszechne narzekania na „Rundę”, z którymi rzeczywiście trudno się nie zgadzać, to trzeba będzie dojść do wniosku, że honor rozrywki telewizyjnej ratuje... telewizyjny teatr.
Choćby powtórzona według Garcii Lorki „Miłość don Perlimplina do Belisy w jego ogrodzie” z kreacją Bronisława Pawlika. Ale przede wszystkim szekspirowskie „Poskromienie złośnicy”, zrobione z werwą przez Zygmunta Hübnera. I zagrane! Tadeusz Łomnicki jako Petrukio, Magdalena Zawadzka jako Katarzyna — grali pierwsze skrzypce, wraz z nimi — Ryszard Pietruski i Wojciech Rajewski, a także... Asocjacja Hagaw. Przed szarżą i przed przerysowaniem ochroniły Hübnera i całość spektaklu pierwsze od razu minuty transmisji, określające charakter przyjętej konwencji. I konwencja ta przyjęta została także od razu przez telepubliczność. Przy tym wszystkim był to przecież najautentyczniejszy Szekspir, co nie tylko jest zasługą przekładu Jerzego J. Sity.
Więc... co z rozrywką par excellence telewizyjną?

JUTRO W TEATRZE TV WILIAM SZEKSPIR "POSKROMIENIE ZŁOŚNICY"

Wiliam Szekspir (1564-1616) uznawany jest na całym świecie najlepszym dramaturgiem wszechczasów. Od prawie 500 lat jego sztuki grywane były setki tysięcy razy na wszystkich niemal scenach globu. Szekspir nie jest jedynym z dramaturgów ubiegłych stuleci grywanych obecnie. O ile jednak z kilkuset sztuk Lope de Vegi tylko kilkanaście wytrzymało próbę czasu, zestarzały się też niektóre komedie Moliera i Calderona, tak cała twórczość Szekspira jest aktualna do dzisiaj.
W powszechnym przekonaniu Szekspir jest przede wszystkim autorem znakomitych tragedii. takie wyobrażenia ukształtowaliśmy sobie na podstawie lektur szkolnych: "Hamleta", "Makbeta" czy "Romea i Julii". W rzeczywistości zaś Szekspir jest także doskonałym komediopisarzem. "Sen nocy letniej". "Burza", "Wieczór Trzech Króli", "Jak wam się podoba" to komedie, które rozśmieszały już w XVII wieku i bawią do dzisiaj.
"Poskromienie złośnicy" to też jedna z bardziej znanych komedii Szekspira. Powstała około roku 1594 na początku jego działalności dramatycznej. Na scenach polskich gości bardzo często, a od roku 1945 wystawiono ją 23 razy ("Hamleta" 29 razy). Między innymi ostatnio w Lublinie, Katowicach i Toruniu.
Obecnie spektakl telewizyjny jest powtórzeniem inscenizacji z roku 1970. Przedstawienie reżyseruje Zygmunt Hübner a występują w nim znani aktorzy scen warszawskich, m. in.Magda Zawadzka, Tadeusz Łomnicki i Zbigniew Zapasiewicz.